Opowiastki zen

Na wstępie chciałbym serdecznie zaprosić PT czytaczy na stronę Zielnik literatury prowadzoną przez pana Włodziemierza Fenrycha. Jest tam kilka opowiastek zen, które — jak się okazuje — drzewiej koanami były zwane. Poza tym strona ogólnie godna jest polecenia i gorąco, gorąco zachęcam do jej odwiedzenia.

Większa część opowiastek tutaj zamieszczonych to moje własne tłumaczenia (wobec czego proszę o wyrozumiałość przez wielkie W), część znajduję w przepastnych zasobach internetu, lub grup/list dyskusyjnych.

Czy te opowiastki czemuś służą? To tylko Ty nadajesz im znaczenie, jeśli Cię bawią to w porządku, jeśli zmuszą do myślenia będzie równie dobrze. Miłej lektury!

Wojtek Muła

Treść

Książki

Żył kiedyś powszechnie znany filozof, który wiele lat poświęcił na studiowanie Zen. Wreszcie osiągnął oświecenie. W dniu gdy to się stało wyrzucił wszystkie swoje książki na dziedziniec i tam je spalił.

Dwa króliki

Pewien adept sztuk walki powiedział do swojego nauczyciela:

— Chciałbym poszerzyć moje umiejętności i dowiedzieć się czegoś nowego. Dlatego pomyślałem by pobierać dodatkowe nauki u jeszcze jednego nauczyciela. Co o tym sądzisz?.

Nauczyciel odpowiedział:

— Myśliwy który próbuje złapać równocześnie dwa króliki, nie łapie żadnego.

Sen

Pewnego razu Chuang Tzu — wielki mistrz Tao — miał sen. Śniło mu się, że jest motylem, fruwającym to tu, to tam. W trakcie snu nie był świadom swojej osobowości, był po prostu motylem. Gdy się zbudził, świadomość bycia człowiekiem powróciła.

„Czy to człowiek śnił, że jest motylem, czy motyl śni, że jest człowiekiem?” — spytał sam siebie mistrz.

Koncentracja

Młody i pyszałkowaty łucznik, po odniesieniu wielu zwycięstw na wielu turniejach, rzucił wyzwanie znanemu mistrzowi Zen — Mistrz je podjął.

Gdy spotkali się w wyznaczonym miejscu, młodzieniec zademonstrował wysoką klasę swych umiejętności, trafiając ze znacznej odległości w oko byka, już za pierwszym razem. „Teraz pokaż czy też jesteś tak dobry!” — wykrzyknął podekscytowany młodzieniec. Niezrażony mistrz, zamiast wystrzelić od razu swoją strzałę, zaproponował by udali się góry. Zaciekawiony łucznik przystał na propozycję i podążył za mistrzem.

Wkrótce dotarli nad głęboką przepaść, przez którą przerzucona była jedynie wątła, niepewnie wyglądająca kłoda. Stary mistrz spokojnie, bez strachu, wszedł na sam jej środek. Za swój cel wyznaczył odległe drzewo. Wypuścił strzałę, która bezpośrednio trafiła w drzewo. „Teraz twoja kolej” rzekł, gdy z lekkością i gracją stawiał stopy na pewnym gruncie.

Młodzieniec z przerażeniem spojrzał w bezdenną przepaść. Nie mógł jednak zmusić się, by podobnie jak mistrz, wejść na kłodę. Od tej pory chybił każdy z wyznaczonych celów.

Widząc jego wielkie kłopoty mistrz rzekł: „Jesteś doskonale wyszkolonym łucznikiem, wyśmienicie panujesz nad strzałą. Lecz nie potrafisz równie dobrze panować nad swym umysłem. Dlatego teraz nie trafiasz”.

Przeznaczenie

Właśnie miała rozegrać się decydująca bitwa. Japoński generał postanowił zaatakować, pomimo znacznego osłabienia swojej armii. Był pewny wygranej, lecz jego wojownicy nie podzielali tego entuzjazmu. W drodze na pole bitwy zatrzymali się w sanktuarium. Po wspólnej modlitwie generał wziął monetę i powiedział: „Teraz rzucę monetą. Jeśli wypadnie orzeł powinniśmy wygrać, jeśli reszka zapewne przegramy”. Podrzucił monetę, wszyscy z nadzieją i niepokojem patrzyli na którą stronę upadnie. Wypadł orzeł. Wszyscy byli rozradowani, serca żołnierzy napełniły się tą samą pewnością co serce dowódcy.

Walczyli mężnie i zwyciężyli wroga.

Po bitwie adiutant powiedział: „Przecież nikt nie może zmienić przeznaczenia, nie mówiąc o jakiejś monecie”. „Masz rację!” odparł generał, pokazując mu monetę z orłami po obu stronach.

Ego

Pierwszy minister dynastii Tang, dzięki sukcesom jakie osiągnął zarówno jako mąż stanu, jak i naczelny dowódca, był uważany za narodowego bohatera. Ale pomimo sławy, władzy i majątku jakie posiadał, pozostawał pokornym i oddanym buddystą. Często odwiedzał swojego ulubionego mistrza Zen, by móc pod jego pieczą oddawać się praktyce. Byli dobrymi przyjaciółmi, a relacja mistrz-uczeń nie została zakłócona wysoką funkcją państwową jaką pełnił uczeń.

Pewnego dnia, podczas jednej z wizyt minister zapytał mistrza:

— Czcigodny, czym według Buddyzmu jest egoizm?

Twarz mistrza poczerwieniała, po czym zirytowanym tonem wykrzyknął:

— Cóż to znowu za głupie, idiotyczne pytanie!?

Niemiła reakcja mistrza tak bardzo zaskoczyła ministra, że stał się on zły i wyraźnie spochmurniał. Mistrz spostrzegł to, uśmiechnął się i powiedział:

— Wasza ekscelencjo, TO właśnie jest egoizm.

Oświecenie

Pewnego dnia Mistrz ogłosił, że jeden z młodych mnichów osiągnął głęboki wgląd. Wiadomość wywołała poruszenie, część mnichów chciała zobaczyć młodzieńca.

— Słyszeliśmy, że osiągnąłeś oświecenie. Czy to prawda? — spytali go.

— Tak — odpowiedział

— I jak się czujesz?

— Tak nędznie, jak nigdy dotąd — odparł młody mnich.

Palec

Ktokolwiek spytał o Zen wielkiego mistrza Gutei, ten tylko podnosił palec do góry. Jeden z chłopców mieszkających w wiosce zaczął go przedrzeźniać. Gdy ktoś rozmawiał o mistrzu, chłopiec przerywał i powtarzał gest mistrza. Gutei dobrze wiedział o psotniku — gdy pewnego razu zobaczył na ulicy tego chłopca złapał go i uciął mu palec. Malec rozpłakał się i zaczął uciekać, wówczas Gutei zawołał na niego, gdy się odwrócił Gutei podniósł palec w niebo. W tym momencie chłopiec doznał oświecenia.

Nie wiem!

To prawdopodobnie historia z życia Bodhidharmy.

Pewien cesarz, gorliwy buddysta, zaprosił wielkiego mistrza Zen do swego pałacu, by ten nauczał jego i dworzan. Na samym początku władca zapytał:

— Jaka jest najwyższa prawda w Buddyzmie?

— Bezbrzeżna Pustka, bez śladu świętości — brzmiała odpowiedź mistrza.

— Jeśli nie ma świętości — powiedział cesarz — to kim, lub czym ty jesteś?

— Nie wiem — odpowiedział mistrz.

Przejdzie

Uczeń przyszedł do swojego nauczyciela ze skargą:

— Moja medytacja jest okropna! Wciąż jestem rozproszony, albo senny, bolą mnie nogi. Po prostu straszne!

— „To przejdzie” — powiedział nauczyciel.

Po tygodniu uczeń znów przyszedł.

— Moja medytacja jest teraz fantastyczna! Jestem skupiony, wyciszony, odżyłem! Jest wspaniale!

— To przejdzie — powiedział nauczyciel.

Cena Dharmy

Pewnego razu uczeń przyszedł do mistrza zen Hyang Bonga i powiedział:

— Mistrzu, naucz mnie proszę, Dharmy.

Hyang Bong powiedział: — Przykro mi, ale moja Dharma jest bardzo droga.

— Ile kosztuje?

— A ile możesz zapłacić?

Uczeń włożył rękę do kieszeni i wyjął kilka monet.

— To wszystkie pieniądze, jakie mam.

— Nawet gdybyś ofiarował mi bryłę złota wielka jak góra --- powiedział Hyang Bong — moja Dharma byłaby wciąż zbyt droga.

Tak wiec uczeń odszedł praktykować zen. Po kilku miesiącach wytrwałego treningu wrócił do Hyang Bonga i powiedział:

— Mistrzu, oddam ci moje życie, będę robił wszystko, co mi każesz, będę twoim niewolnikiem. Proszę naucz mnie.

Hyang Bong powiedział:

— Nawet gdybyś ofiarował mi tysiąc żywotów moja Dharma byłaby nadal zbyt droga.

Uczeń odszedł bardzo przygnębiony. Po kilku miesiącach surowego treningu powrócił i powiedział:

— Oddam ci mój umysł. Czy teraz będziesz mnie uczył?

Hyang Bong powiedział:

— Twój umysł to wiadro cuchnących śmieci. Nie miałbym z niego żadnego pożytku. I nawet gdybyś ofiarował mi dziesięć tysięcy umysłów, moja Dharma byłaby nadal zbyt droga.

Uczeń ponownie odszedł i ćwiczył wytrwale. Po pewnym czasie zrozumiał, że cały wszechświat jest pusty. Powrócił wiec do mistrza i powiedział:

— Teraz rozumiem jak droga jest twoja Dharma.

Hyang Bong rzekł: — Jak droga?

Uczeń krzyknął: — Khaatz!

Hyang Bong powiedział: — Nie, ona jest droższa niż to.

Tym razem uczeń odszedł całkowicie zdezorientowany i pogrążony w rozpaczy. Poprzysiągł, że nie pójdzie do mistrza, dopóki nie osiągnie doskonałego przebudzenia. W końcu przyszedł ten dzień i uczeń powrócił.

— Mistrzu, teraz na prawdę rozumiem: niebo jest niebieskie, trawa jest zielona.

— Nie, nie, nie — odparł Hyang Bong — moja Dharma jest nawet droższa od tego.

Uczeń wpadł w furie:

— Już zrozumiałem, nie potrzebuje twojej Dharmy, możesz sobie ja wziąć i wsadzić do dupy!

Hyang Bong roześmiał się. To jeszcze bardziej rozzłościło ucznia. Właśnie wtedy, gdy przekraczał próg, Hyang Bong zawołał do niego:

— Zaczekaj chwilę!

Uczeń odwrócił głowę.

— Nie zgub mojej Dharmy — powiedział Hyang Bong.

Usłyszawszy te słowa, uczeń osiągnął oświecenie.

Księżyc

Mistrz Zen żył prosto i skromnie, mieszkał w szałasie u podnóża góry. Pewnego wieczoru, gdy mistrz oddalił się, do szałasu zakradł się złodziej, lecz nie znalazł tam niczego co mógłby ukraść. Mistrz powrócił i nakrył złodzieja.

„Przebyłeś daleką drogę by mnie odwiedzić” — rzekł Mistrz — „nie powinieneś odejść z pustymi rękoma. Przyjmij proszę moją szatę”. Złodziej początkowo zmieszał się, ale w końcu chciwość przeważyła, wziął ubranie mistrza i uciekł.

Nagi mistrz usiadł i spoglądając na księżyc zamyślił się. „Biedny człowiek. Chciałbym dać mu ten przepiękny księżyc...”

Flaga

Dwóch mężczyzn dyskutowało o fladze łopoczącej na wietrze. „Tak na prawdę wiatr się porusza” twierdził pierwszy z nich. „Nie, to flaga się porusza” zaprzeczał drugi mężczyzna. Mistrz Zen który przysłuchiwał się rozmowie w pewnej chwili przerwał im: „Ani flaga, ani wiatr się nie poruszają. To UMYSŁ się porusza”.

Pytania

Podczas jakiegoś przyjęcia, psychiatra postanowił zadać, obecnemu tam mistrzowi Zen, pytanie które nurtowało go od jakiegoś czasu. „Właściwie w jaki sposób pomagasz ludziom”, zagadnął przy pierwszej sposobności. „Zabieram ich w takie miejsce, gdzie nie mogą już zadać więcej pytań”, odpowiedział mistrz.

Wciąż żyję

Cesarz zapytał mistrza Gudo:

— Co dzieje się z oświeconym człowiekiem po śmierci?

— Skąd mógłbym wiedzieć? — odpowiedział mistrz.

— Przecież jesteś mistrzem!

— Tak, ale jeszcze nie umarłem!

Uważność

Po dziesięciu latach treningu Zen Tenno uzyskał tytuł nauczyciela.

Pewnego deszczowego dnia udał się z wizytą słynnego mistrza Nan-in. Gdy wszedł do jego mieszkania, mistrz przywitał go pytaniem: „Czy zostawiłeś sandały i parasol na ganku?”. „Tak”, odpowiedział Tenno. Mistrz kontynuował „Powiedz mi, po której stronie butów postawiłeś parasolkę. Po lewej, czy prawej?”.

Tenno nie znał odpowiedzi — uświadomił sobie, że nie jest w pełni uważny. Dlatego też, przez następne dziesięć lat kontynuował trening u mistrza Nan-in.

Najważniejsza nauka

Słynny mistrz Zen powiedział do mnichów: „Moja najważniejsza nauka brzmi: Budda jest twoim umysłem”. Jeden z mnichów zachwycony i zainspirowany głębią tej nauki postanowił opuścić klasztor i udać się na pustkowie, by tam oddać się medytacji. Spędził 20 lat jako pustelnik zgłębiając wielką naukę mistrza.

Pewnego dnia, podczas wędrówki, spotkał innego mnicha. Szli w tym samym kierunku. W czasie wspólnej podróży dowiedział się, że mają wspólnego mistrza. Spytał go czy mistrz im także powiedział o swojej najważniejszej nauce. „O tak!” — odpowiedział mnich — „zawsze podkreślał, że jego najważniejsza nauką jest iż Budda NIE JEST naszym umysłem”.

Pragnienie Boga

Pewnego dnia nad rzeką siedział mistrz-pustelnik i medytował. Przyszedł do niego młody człowiek i poprosił:

— Mistrzu, chciałbym się u ciebie uczyć, chciałbym medytować.

— Dlaczego? — spytał pustelnik.

Młodzieniec pomyślał chwilkę po czym odparł:

— Chciałbym odnaleźć Boga.

W tym momencie pustelnik podskoczył, złapał go z szyję, wykręcił ręce i zawlókł do rzeki. Tam włożył mu głowę pod wodę i przytrzymał chwilę. Gdy mistrz zwolnił uchwyt, młodzieniec mógł nareszcie złapać oddech. Gdy nieco ochłonął mistrz spytał go:

— Czego najbardziej chciałeś, gdy byłeś pod wodą?

— Powietrza! — natychmiast odpowiedział niedoszły adept.

— Wracaj teraz do domu. Możesz do mnie wrócić, gdy będziesz pragnął Boga tak samo jak pragnąłeś teraz powietrza — powiedział mistrz.

Kamienna głowa

Trzysta lat temu żył w Korei mnich zwany Sok Du, co znaczy „Kamienna Głowa”. Był on bardzo głupi. Sutry były dla niego o wiele za trudne, więc zdecydował się praktykować zen. Ale siedzenie zen dla niego było także zbyt trudne. Dlatego uprawiał tylko zen pracy w kuchni i na polach klasztoru. Dwa razy w miesiącu mistrz zen wygłaszał mowę Dharmy, która zawsze napełniała Sok Du zamętem. Pewnego dnia, po mowie Dharmy, Sok Du podszedł do mistrza zen i powiedział:

— Mistrzu, jestem zmęczony moją głupotą. Czy jest jakiś sposób, abym mógł zrozumieć?

Mistrz odpowiedział:

— Musisz zadać mi właściwe pytanie.

Sok Du podrapał się w głowę i myślał przez kilka minut. Potem powiedział:

— Dobrze. Zawsze mówisz o Buddzie. Czym jest Budda?

Juk shim shi bul — odpowiedział Mistrz, co znaczyło „Budda jest umysłem”.

Ale Sok Du źle to zrozumiał i sadził, że mistrz powiedział: „Jip shin shi bul”, co znaczy: „Budda jest butem z trawy”. „Co za trudny kong-an”, pomyślał Sok Du, gdy kłaniał się mistrzowi i wychodził. „Jak Budda może być butem z trawy? Czy ja to kiedykolwiek zrozumiem?”.

Przez następne trzy lata Sok Du zastanawiał się nad tym wielkim pytaniem i wykonywał swój zen pracy. Nigdy nie prosił mistrza o wyjaśnienie, po prostu utrzymywał to pytanie w swoim umyśle przez cały czas. Wreszcie pewnego dnia, w trzy lata później, znosił wielkie naręcze drewna ze wzgórza do klasztoru. Stopą zawadził o kamień, stracił równowagę, drewno rozsypało się, a jego buty wyleciały w powietrze. Kiedy spadły na ziemie, okazało się, że są zupełnie zniszczone, a Sok Du osiągnął oświecenie.

Sok Du był bardzo szczęśliwy i bardzo podekscytowany. Pobiegł wiec do mistrza zen.

— Mistrzu mistrzu, teraz wiem, czym jest Budda!

Mistrz spojrzał na niego i powiedział:

— Tak? A wiec czym jest Budda?.

Sok Du zdjął z nogi jeden but i uderzył nim mistrza po głowie. Mistrz powiedział:

— Czy to prawda?

Sok Du rzekł:

— Moje buty są zupełnie zniszczone!

Mistrz wybuchnął śmiechem, a Sok Du skakał z radości. Soen Sa i uczniowie także wybuchnęli śmiechem. Potem wrócili do jajecznicy z grzankami.

Dźwięki

Mnich zapytał T'ou Tzu:

— Wszystkie dźwięki są dźwiękami Buddy — to prawda, czy nie?

T'ou Tzu odrzekł:

— Prawda.

Mnich powiedział:

— Mistrzu, czy otwór w twoim siedzeniu nie wydaje dźwięków przypominających pierdnięcie?

Wówczas T'ou Tzu uderzył go.

Mnich zapytał znów:

— Słowa ordynarne i subtelne, wszystko wraca do znaczenia pierwotnego. To prawda, czy nie?

T'ou Tzu odrzekł:

— Prawda.

Mnich powiedział:

— Czy mogę nazwać ciebie osłem, Mistrzu?

T'ou Tzu uderzył go.

Listy

Pewien Mistrz Zen miał ucznia. Któregoś dnia kazał on owemu uczniowi pojechać gdzieś daleko. Mistrz nakazał uczniowi, by ten pisał mu o swych postępach. Co rok Mistrz dostawał listy, jednak wciąż martwił się o los ucznia.

Po kilku latach listy przestały przychodzić. Minął rok i żaden list nie nadszedł. Mistrz z radością klasnął w dłonie i powiedział — „Tak, to jest to!”.

Święta księga

Pewien stary mistrz zen zdecydował się przekazać swe powołanie jedynemu, ale pojętnemu uczniowi.

Powiedział więc do niego:

— Chcę, abyś Ty od dzisiaj był Mistrzem. Ja jestem zmęczony i stary. Jako symbol przekazu weź tę świętą księgę i chroń ja, jako ja, mój Mistrz i jego Mistrz, od pokoleń. Tam jest cała mądrość zen.

Uczeń odrzekł:

— Mistrzu, całe życie uczyłeś mnie zen sercem, nie potrzebowałem nigdy księgi. Nie dawaj mi jej, nie jest mi potrzebna.

Mistrz jednak nalegał, aby uczeń wziął księgę. Uczeń więc wziął ją i natychmiast rzucił w ogień.

— Co za głupstwo robisz!? — krzyknął mistrz.

— Co za głupstwo mówisz? — odparł uczeń.

Duch

Żona pewnego mężczyzny zapadła na śmiertelną chorobę. Będąc na łożu śmierci powiedziała: „Tak bardzo cię kocham! Nie chcę cię zostawić. Nie chcę również byś mnie zdradzał; obiecaj, że gdy umrę, nigdy nie spojrzysz na inną kobietę. Jeśli nie dotrzymasz obietnicy wrócę!”.

Mąż, przez kilka miesięcy po śmierci żony, unikał kobiet. Lecz pewnego dnia spotkał wyjątkową niewiastę. Zakochał się i oświadczył. Już w pierwszą noc po zaręczynach ukazał się duch zmarłej żony. Potępiła go za niedotrzymanie obietnicy i odtąd, każdej nocy ukazywała się by go dręczyć. Duch żony przypominał mu wszystko co zaszło w ciągu dnia między nim, a narzeczoną — każde słowo, każdy szczegół ich rozmów. To wszystko tak bardzo niepokoiło mężczyznę, że nie mógł w ogóle spać.

Zdesperowany, udał się na poszukiwanie mistrza Zen, który mieszkał gdzieś w pobliżu wioski. „To bardzo przebiegły duch”, podsumował opowieść mistrz. „Tak!” — odparł mężczyzna — „pamięta każdy szczegół, co robiłem i mówiłem. Wie wszystko!”. Mistrz uśmiechnął się, „Powinieneś odczuwać przed nim respekt, ale powiem ci co zrobić następnym razem, gdy ów się pojawi”.

Gdy kolejnej nocy duch powrócił, mężczyzna postąpił zgodnie z radami mistrza. „Jesteś bardzo mądrym duchem” — rzekł mężczyzna — „Wiesz o mnie wszystko, nic nie mogę przed tobą ukryć. Dlatego też, jeśli odpowiesz na jedno moje pytanie zerwę zaręczyny i pozostanę kawalerem do końca życia”. „Czekam na pytanie” --- powiedział duch. Mężczyzna wziął pełną garść nasion z worka stojącego przed nim. „Powiedz mi, ile dokładnie nasion mam w dłoni?”.

W tym momencie duch zniknął i już nigdy więcej nie powrócił.

Teraz!

Japoński wojownik został pojmany przez wrogów i wtrącony do więzienia. Tej nocy nie mógł zmrużyć oka, bał się mającego nastąpić następnego dnia przesłuchania, niechybnych tortur i ostatecznie egzekucji. Wtedy przypomniał sobie słowa swojego Mistrza Zen „Jutro nie jest prawdziwe, to iluzja. Rzeczywiste jest jedynie TERAZ”. Uświadomiwszy sobie ten fakt, wojownik uspokoił się i zasnął.

Dzwon

Nowy uczeń przyszedł do swego Mistrza Zen z pytaniem jak ma się przygotować do praktykowania pod jego okiem. „Myśl o mnie jak o dzwonie”, wyjaśniał Mistrz. „Muśnij mnie lekko, a usłyszysz delikatne brzęczenie. Uderz mocno, usłyszysz ogłuszający dźwięk”.

Chrześcijański Budda

Jeden z uczniów mistrza Gasana odwiedził uniwersytet w Tokio. Gdy wrócił spytał mistrza, czy czytał kiedyś chrześcijańską Biblię. „Nie,” odpowiedział Gasan, „Proszę, przeczytaj mi fragment”.

Mnich otworzył Biblię na „Kazaniu na Górze” w Ewangelii św. Mateusza i zaczął czytać. Przerwał po przeczytaniu słów Chrystusa w których ten mówił o liliach na polu (Mt 6,28-29).

Mistrz Gasan milczał przez długi czas. W końcu powiedział: „Tak, ktokolwiek wypowiedział te słowa jest oświeconym człowiekiem [istotą]. To co usłyszałem teraz, jest esencją wszystkiego czego próbowałem nauczyć ciebie!”.

Święty człowiek

Po okolicy rozeszła się wieść o Świętym Mężu, który mieszkał w małym domku na szczycie góry. Mieszkaniec pewnej wioski postanowił odwiedzić go, mimo że droga była długa i niebezpieczna. Gdy przybył na miejsce, zobaczył w drzwiach domku starego służącego, który przywitał go.

— Chciałbym widzieć się ze słynnym w tej okolicy Świętym Mężem — powiedział do służącego.

Ten uśmiechnął się i wprowadził do środka. Gdy szli przez dom, gość niecierpliwie rozglądał się za Świętym Człowiekiem, bowiem gorąco pragnąc go spotkać. Ani się nie obejrzał, jak został doprowadzony z powrotem do drzwi i wyprowadzony na zewnątrz. Zaskoczony mężczyzna powiedział do służącego:

— Ale przecież chciałem zobaczyć Świętego Męża!

— Już widziałeś — odparł stary człowiek. Każdego kogo spotykasz na swej drodze — także gdy to prosty, niczym nie wyróżniający się człowiek — postrzegaj jak tego słynnego Świętego Człowieka. Jeśli to zrobisz, wówczas każdy problem z którym dziś tutaj przyszedłeś zostanie rozwiązany.

Dwa słowa

Był kiedyś klasztor w którym obowiązywały bardzo surowe reguły, między innymi śluby milczenia — nikt nie mógł wypowiedzieć żadnego słowa. Był jednak jeden wyjątek: co dziesięć lat każdy z mnichów mógł wypowiedzieć dokładnie dwa słowa.

Jeden z mnichów, po spędzeniu swoich pierwszych dziesięciu lat w klasztorze, przyszedł do opata.

— Minęło dziesięć lat — powiedział opat — możesz teraz wypowiedzieć dwa słowa.

— Łóżko... twarde — powiedział mnich.

— Rozumiem — odparł opat.

Gdy minęło kolejne dziesięć lat mnich ponownie przyszedł do opata.

— Minęło dziesięć lat — powiedział opat — jakie dwa słowa chcesz wypowiedzieć?

— Jedzenie... cuchnie — powiedział mnich.

— Rozumiem — odparł opat.

Znów minęło dziesięć lat, gdy mnich stanął przed opatem.

— Co chcesz teraz powiedzieć? — zapytał mnicha.

— Odchodzę... stąd! — powiedział mnich

— Ach, wiem nawet dlaczego — wykrzyknął opat. Przecież ty ciągle narzekałeś!

Natura rzeczy

Dwóch mnichów myło w rzece swoje miski. W pewnej chwili zauważyli topiącego się skorpiona — jeden z mnichów natychmiast wyłowił go z wody i postawił na brzegu, został jednak ukąszony. Mnich powrócił do mycie miski, a skorpion ponownie wpadł to rzeki. Mnich znów go wyłowił i ponownie został ukąszony. Drugi mnich spytał go:

— Dlaczego wciąż ratujesz tego skorpiona, przecież wiesz iż naturą skorpiona jest kąsać?

Usłyszał odpowiedź:

— Ja ratuję, ponieważ to jest wpisane w moją naturę.

Powodzenie

Pewien bogaty człowiek poprosił mistrza Zen, by ten napisał dla niego jakąś sentencję — słowa, które podnosiłyby na duchu jego rodzinę, dodawałby otuchy, pomagały w życiu tego i stały się dewizą dla przyszłych pokoleń.

Na dużym kawałku papieru mistrz skreślił: „Umiera ojciec, umiera syn, umiera wnuk”.

Bogacz zezłościł się na mistrza, gdy to ujrzał.

— Miałeś napisać coś optymistycznego, coś co dodawało by otuchy moim krewnym. Dlaczego napisałeś coś tak przygnębiającego?

Mistrz odpowiedział:

— Jeśli twój syn umrze przed tobą, przyniesie to rodzinie nieznośny żal i smutek. Gdy twój wnuk umrze nim śmierć dosięgnie twego syna, to również sprowadzi wielki smutek na cały ród. Jeśli jednak twoja rodzina, pokolenie za pokoleniem, będzie znikać w takiej kolejności jak napisałem, wówczas będzie to naturalny bieg życia. Oto źródło prawdziwego szczęścia i powodzenia.

Zajazd

Słynny mistrz przeszedł przez główną bramę królewskiego pałacu i niezatrzymywany przez strażników wszedł do sali, gdzie na tronie siedział cesarz.

— Czego chcesz? — zapytał cesarz, który rozpoznał gościa.

— Chciałbym dostać jakieś miejsce do spania w tym zajeździe --- odpowiedział mistrz.

— Przecież to nie jest żaden zajazd, tylko mój pałac --- zaprotestował cesarz.

— Czy mogę zapytać kim był poprzedni właściciel tego pałacu?

— Mój ojciec. Nie żyje.

— A kto go poprzedzał?

— Mój dziadek. On również nie żyje.

— Jest to miejsce, gdzie ludzie żyją krótką po czym odchodzą — czy to nie ty ekscelencjo powiedziałeś, że to nie zajazd?

Ciężka praca

Adept sztuk walki przyszedł do nauczyciela i powiedział:

— Chciałbym poświęcić się nauce sztuk walki wg twojego systemu. Ile czasu zajmie mi osiągnięcie mistrzostwa?.

Odpowiedź nauczyciela była przypadkowa: „Dziesięć lat”.

Niecierpliwy uczeń odpowiedział:

— Chcę zostać mistrzem o wiele szybciej! Będę ciężko pracował. Będę poświęcał codziennie dziesięć godzin, a jeśli trzeba będzie to więcej czasu na ćwiczenia. Ile wówczas zajmie mi to czasu?.

Nauczyciel odpowiedział:

— Dwadzieścia lat!

Piekło i niebo

Znalezione na http://www.buddyzm.com.pl.

Pewien samuraj przybył do mistrza zen Hakuina i zapytał:

— Czy jest coś takiego jak piekło i niebo?

Hakuin zadał pytanie:

— Kim jesteś?

Samuraj odparł:

— Jestem największym samurajem cesarza.

Hakuin zapytał:

— Ty jesteś samurajem? Z taką twarzą wyglądasz bardziej na żebraka.

Wtedy samuraj zezłościł sie i wydobył miecz z pochwy. Stojąc spokojnie przed nim Hakiun powiedział:

— W ten sposób otwiera sie brama piekła.

Widząc opanowanie mistrza, samuraj schował miecz do pochwy i pokłonił się. Hakuin wtedy stwierdził:

— A tak otwiera się brama nieba.

Jem i czytam

Przesłane przez Jarosława Wiernego na listę cybersangha.

Mistrz Zen zapytany czym różni się od nieoświeconych ludzi odpowiedział: „Kiedy jem, to jem. Kiedy czytam, to czytam”. Pewnego dnia, jeden z uczniów przyłapał go na tym jak jadł obiad i jednocześnie czytał gazetę i oburzony wykrzyknął:

— Mistrzu! Przecież mówiłeś, że kiedy jesz to jesz, a kiedy czytasz to czytasz! A przecież teraz czytasz kiedy jesz!

Mistrz ze spokojem odparł:

— Kiedy jem, to jem. Kiedy czytam, to czytam. Kiedy jem i czytam, to jem i czytam.

Pomarańcza

Opowiedziane przez Wiatra na kanale #buddyzm. Oryginał — jeśli tak można powiedzieć — znajduje się w którymś z numerów magazynu Diamentowa Droga.

Kiedyś była śmieszna sytuacja — umówili Kalu Rinpoche na dyskusje z mistrzem Zen. Siedzą naprzeciwko siebie; mistrz Zen, chcąc rozpocząć dyskusję, wyciąga z rękawa pomarańczę i z zenowską energia krzyczy: „Co to jest?”. A Kalu Rinpoche tylko się na niego patrzy i przekłada kolejne koraliki w mali. Mistrz Zen znowu krzyczy: „Co to jest?”, a Kalu Rinpoche pyta wtedy tłumacza: „Cóż to za biedny człowiek, czy on nigdy nie widział pomarańczy?”.

Obelgi darowane w prezencie

Niedaleko Tokio żył wielki samuraj. Kiedy się zestarzał, poświęcił się nauczaniu młodych buddyzmu Zen. Mówiono jednak, że pomimo podeszłego wieku był w stanie pokonać każdego przeciwnika. Pewnego wieczoru odwiedził go młody wojownik zupełnie pozbawiony skrupułów. Był on również znany ze swojej techniki prowokacji. Najpierw czekał na pierwszy ruch przeciwnika, a potem dzięki wyjątkowej bystrości umysłu oceniał popełnione przez niego błędy i przypuszczał nagły kontratak. Nigdy jeszcze nie przegrał żadnej walki. Wiele słyszał o sławie samuraja i udał się na spotkanie z nim z zamiarem pokonania go i umocnienia własnej reputacji. Pomimo protestów swoich uczniów stary samuraj przyjął wyzwanie wojownika.

Kiedy ludzie zgromadzili się na placu, młody człowiek zaczął obrażać starego nauczyciela. Rzucał w niego kamieniami, pluł mu w twarz, obsypywał obelgami jego i jego przodków, nie przebierając w słowach. Przez wiele godzin robił wszystko co w jego mocy, aby wyprowadzić samuraja z równowagi, ale starzec pozostał niewzruszony. Pod wieczór porywczy wojownik wycofał się, wycieńczony i poniżony. Uczniowie, rozgoryczeni faktem, że ich nauczyciel nie zdołał odpowiedzieć na wyzwiska i prowokacje młokosa, spytali:

— Jak mogłeś znosić takie upokorzenia? Dlaczego nie podjąłeś ryzyka, nawet gdybyś miał przegrać tę walkę? A ty nawet nie wyciągnąłeś miecza i pokazałeś się nam jako tchórz.

— Jeśli ktoś przychodzi do ciebie z podarunkiem i ty go nie przyjmujesz, to do kogo wtedy należy ten prezent? — spytał samuraj.

— Do darczyńcy — opowiedzieli uczniowie.

— To samo dotyczy zawiści, złości i obelg — rzekł ich nauczyciel. Jeśli nie są przyjęte, pozostają własnością osoby, która nosi je w sobie.

Cela

Pewien człowiek siedział w zamkniętej celi. Cela była mała i mroczna. Na jednej ze ścian było małe okienko, przez które widać było niebo. Człowiek nieustannie wyglądał przez okno i marzył o wolności. Siedział i marzył, aż do śmierci. Przez całe życie nie przyszło mu do głowy, by spróbować wyjść drzwiami celi, które przez cały ten czas były otwarte.

Wejście

Mnich niecierpliwie chcący nauczyć się Zen powiedział do mistrza:

— Zostałem zainicjowany do Braterstwa. Czy mógłbyś być tak wspaniałomyślny i wskazać mi drogę do Zen?

Na co mistrz rzekł:

— Czy słyszysz pomruk strumyka górskiego?

Mnich odpowiedział:

— Tak, słyszę.

— To jest wejście.

Prawda

Pewien człowiek, który odwiedził Mistrza, chciał zostać jego uczniem.

Mistrz powiedział do niego: Możesz ze mną zamieszkać, ale nie staraj się iść za mną.

— Za kim więc mam iść?

— Za nikim. W dniu, w którym pójdziesz za kimś, przestaniesz iść za Prawda.

Mędrzec

Z listy ``cybersangha``, nadesłane przez Fedrusa.

Puhua wszedł do pokoju, Lin Chi przygląda mu się i mówi:

— Od wielu dni Puhua robi z siebie durnia na ulicach i bazarach. Niektórzy mówią, że jest on zwykłym człowiekiem, a inni, że mędrcem. Hej ty! Powiedz, czy jesteś zwykłym człowiekiem czy mędrcem?

— Sam powiedz, czy jestem zwykłym człowiekiem czy mędrcem!

Posłuszeństwo

Mistrz Bankei przemawiał nie tylko do adeptów Zen, ale do każdego kto chciał go słuchać, niezależnie od statusu społecznego i religii jaką wyznawał. Nigdy nie cytował sutr, nigdy nie wdawał się w puste dysputy. Jego słowa wynikały z doświadczenia, płynęły prosto z serca i trafiały do serc słuchaczy.

Szerokie grono słuchaczy, które zawsze zbierało się wokół Mistrza, złościło mnicha należącego do sekty Nichiren, bowiem część z nich była również zwolennikami jego sekty. Egoistyczny kapłan przybył do świątyni zdecydowany na debatę z Mistrzem.

— Hej, nauczycielu Zen — zawołał na Mistrza Bankeia. Poczekaj chwilę. Wszyscy którzy cię szanują będą posłuszni twym słowom. Lecz człowiek taki jak ja, nie ma szacunku dla ciebie. Czy i mnie uczynisz posłusznym?

— Przyjdź do mnie, a zrobię to — odrzekł Mistrz

Butny kapłan utorował sobie drogę przez tłum i stanął przed Mistrzem Bankei. Bankei uśmiechnął się i powiedział:

— Stań z mojej lewej strony.

Kapłan usłuchał.

— Nie, nie, jednak lepiej będzie nam rozmawiać, gdy staniesz po prawej stronie — rozmyślił się Mistrz.

Kapłan dumnie przemaszerował z lewej na prawą.

Mistrz Benkei powiedział:

-- Widzisz, słuchasz moich poleceń i myślę, że jesteś bardzo miłym człowiekiem. Usiądź zatem i słuchaj.

Tępak

Pewien możnowładca zaprosił dwóch nauczycieli Zen: Daigu i Gudo. Gdy przybyli Gudo powiedział do gospodarza:

— Jesteś obdarzony przez naturę mądrością i masz wrodzone zdolności by uczyć się Zen.

— Nonsens — powiedział Daigu. Dlaczego schlebiasz temu tępakowi? Mógłby być nawet cesarzem, ale nic nie zrozumie z Zen.

Wobec czego możnowładca, zamiast zbudować świątynię dla Gudo, zbudował ją dla Daigu i tam, wraz z nim, studiował Zen.

Najcenniejsza rzecz na świecie

Sozan, Chiński mistrz Zen, został zapytany przez swojego ucznia:

— Jaka jest najcenniejsza rzecz na świecie?

— Głowa martwego kota — odparł Mistrz.

— Dlaczego akurat głowa martwego kota miałaby być najcenniejsza na świecie? — dopytywał się uczeń.

— Ponieważ nikt nie potrafi określić jej ceny — zakończył Sozan.

Zabijanie

Gasan przemawiał do swoich uczniów: „Słusznie robią ci którzy sprzeciwiają się zabijaniu, ci którzy dążą do zachowania życia czujących istot; dobre jest niezabijanie zwierząt, ani owadów. Co jednak można powiedzieć o ludziach którzy zabijają czas, trwonią bogactwo, albo niszczą gospodarkę? Ponadto, co powiedzieć o ludziach nieoświeconych, którzy nauczają? Oni zabijają Buddyzm”.

Twoje Światło może zgasnąć

Uczeń szkoły Tendai, filozoficznego odłamu Buddyzmu, studiował Zen pod kierunkiem mistrza Gasana. Po kilku latach, gdy odchodził, Gasan ostrzegł go: „Rozumowe poznawanie prawdy jest użyteczne, gdy zbierasz materiały do kazań. Pamiętaj jednak, że jeśli nie będziesz stale medytował, to twoje światło prawdy może zgasnąć”.

Chwila niczym klejnot

Pewien władca poprosił Takuana, Mistrza Zen, o radę jak ma spędzać czas. Dni bardzo mu się dłużyły, siedział bowiem cały dzień w komnacie, oficjalnie przyjmując hołdy i dary od poddanych.

Takuan napisał osiem chińskich znaków i wręczył je władcy:

Dzień się nie powtarza
Chwila niczym klejnot
Ten dzień nie powróci
Każda minuta warta jest bezcennego klejnotu

Cicha świątynia

Shoichi w pełni oświecony człowiek, był jednookim nauczycielem Zen, opiekował się świątynią Tofuku.

Dzień i noc świątynia ogarnięta była przenikliwą ciszą. Nie dobiegał z niej żaden odgłos. Mistrz zakazał nawet recytowania sutr; jego uczniowie nie robili nic poza medytacją.

Gdy Mistrz zmarł, stary sąsiad usłyszał odgłosy dzwonu i recytowane sutry. Wiedział, że Shoichi odszedł.

Porada matki

Mistrz Juin był w epoce Tokugawa powszechnie znanym znawcą sanskrytu. Gdy był młody miał zwyczaj wygłaszać wykłady swoim współbraciom.

Gdy jego matka dowiedziała się o tym, napisała następujący list:

„Synu, nie sądzę by twoje pragnienie stania się chodzącym słownikiem, miało przybliżyć cię do Buddy. Nie ma końca dla pouczeń i komentarzy, nie ma końca sławienie i głoszenie chwały. Życzyłabym sobie byś zarzucił ten zwyczaj wykładania. Wycisz się. Osiądź w cichej świątyni, w odległej części góry. Poświęć swój czas na medytację — to jest droga osiągnięcia prawdziwej realizacji”.

Nic nie istnieje

Yamaoka Tesshu, gdy jeszcze był adeptem Zen, odwiedzał coraz to kolejnych mistrzów. Przybył też do Mistrza Dokuona.

Chcąc zademonstrować swoje osiągnięcia zaczął:

— Umysł, Budda, niezliczone istoty, wszystko to nie istnieje. Prawdziwą naturą zjawisk jest pustka. Nie ma osiągnięcia, nie ma iluzji, nie ma mędrców, ani głupców. Nie ma dawania, nie ma nic do wzięcia.

Dukon, który w ciszy palił fajkę, nic nie powiedział. Nagle uderzył Yamaoke kijem bambusowym. To rozzłościło młodzieńca.

— Skoro nic nie istnieje, to skąd pochodzi złość? -- spytał Mistrz.

Charakter

Adept Zen przyszedł do Mistrza Benkei:

— Mistrzu, mam niesforny charakter. Jak mogę go zmienić?

— Masz coś bardzo dziwnego, pokaż mi to — odpowiedział Benkei

— Teraz nie mogę pokazać.

— Dlaczego? — dopytywał się Mistrz

— To przychodzi nagle, niespodziewanie — odpowiedział adept

Benkei powiedział:

— Zatem to nie może być częścią twojej prawdziwej natury. Gdyby było, mógłbyś mi to pokazać w każdej chwili. Gdy się urodziłeś nie miałeś tego, twoi rodzice też ci tego nie dali. Przestań o tym myśleć.

Ostatni wiersz Hosina

Mistrz Zen o imieniu Hosin mieszkał w Chinach przez wiele lat. Po powrocie do Japonii zaczął nauczać. Gdy był w podeszłym wieku opowiedział swoim uczniom historię zasłyszaną w Chinach; oto ona:

Pewnego roku, 25 grudnia, Tokufu, który był już bardzo stary, powiedział do swych uczniów:

— Nie dożyję następnego roku, w tym roku powinniście mnie dobrze traktować.

Uczniowie myśleli, że żartuje. Ale jako, że szanowali mistrza, spełnili jego wolę. W ostatnich dniach kończącego się roku opiekowano się mistrzem i traktowano go ze szczególną życzliwością.

W przededniu nowego roku Tokufu przemówił:

— Byliście dla mnie dobrzy. Opuszczę was jutro, gdy śnieg przestanie padać.

Uczniowie roześmiali się, myśląc, że mistrz znów żartuje — wszak niebo było czyste, śnieg nie padał. Jednak o północy śnieg zaczął padać, następnego dnia mistrz nie pojawił się. Poszli do zendo, tam odnaleźli martwego mistrza.

Hoshin, gdy skończył opowieść, uzupełnił:

— Mistrz Zen nie potrzebuje przewidywać dnia w którym odejdzie, ale gdy zechce, może to zrobić.

— Ty możesz? — spytał ktoś.

— Tak, za siedem dni, licząc od teraz, pokażę wam co potrafię --- odparł Hoshin.

Żaden z uczniów mu nie uwierzył, a większość zupełnie zapomniała o tej rozmowie. Po siedmiu dniach mistrz znów wezwał wszystkich swych uczniów.

Hoshin zaczął:

— Siedem dni temu powiedziałem, że nadchodzi czas w którym was opuszczę. Zgodnie ze zwyczajem chciałbym napisać wiersz pożegnalny. Ale nie jestem biegły w kaligrafii, nie jestem też poetą. Niech jeden z was zapisze moje ostatnie słowa.

Jego uczniowie znów myśleli że żartuje, lecz jeden z nich przygotował się do pisania.

— Czy jesteś gotowy? — spytał go Hoshin.

— Tak mistrzu.

Wówczas Hosin podyktował:

Przybyłem ze światłości.
I odchodzę do światłości.
Czym ona jest?

Zgodnie ze zwyczajem wiersz miał składać się z czterech wersów, więc uczniowie zwrócili uwagę: „Mistrzu, brakuje jednego wersu”.

Hoshin, niczym lew, ryknął „Kaaa!” i odszedł.

Budda

W erze Meiji, w Tokio żyło dwóch wybitnych nauczycieli o zupełnie przeciwnych charakterach. Pierwszy, Unsho, nauczyciel w Shingon, skrupulatnie wypełniał wskazania Buddy. Nigdy nie pił alkoholu, ani nie jadł po dwunastej w południe. Zaś drugi, Tanzan, profesor filozofii na Cesarskim Uniwersytecie, nigdy nie przestrzegał tych przepisów. Kiedy poczuł głód — jadł, gdy w ciągu dnia zmorzył go sen — spał.

Pewnego dnia Unsho odwiedził Tanzana. Tanzan pił właśnie wino.

— Witaj, napijesz się? — przywitał radośnie gościa.

— Nigdy nie piję! — oparł poważnie Unsho.

— Ten kto nie pije, nie jest człowiekiem — powiedział Tanzan.

— Więc nie uważasz mnie za człowieka, bo nie piję alkoholu?! --- zezłościł się Unsho. Zatem kim jestem, jeśli nie człowiekiem?

— Buddą — odpowiedział Tanzan.

Zen Joshu

Joshu rozpoczął studiowanie, gdy miał sześćdziesiąt lat i kontynuował do osiemdziesiątki — wtedy doznał oświecenia. Od tego czasu, aż do wieku stu dwudziestu lat nauczał.

Jeden z uczniów spytał go:

— Jeśli nie mam nic w umyśle, co mam robić.

— Wyrzuć to — odparł Joshu.

— Jeśli nie mam absolutnie nic, jak mogę to wyrzucić? — pytał adept.

— Więc noś to ze sobą — powiedział Joshu.

Odpowiedź nieboszczyka

Gdy Mamiya, który później został znanym kaznodzieją, przybył na prywatne spotkanie z mistrzem, został poproszony o zademonstrowaniu dźwięku klaśnięcia jedną dłonią.

Mamiya wciąż koncentrował się na dźwięku, jaki on może brzmieć, jaką może mieć barwę itd.

— Nie wytężasz się — powiedział mistrz. Jesteś zbyt przywiązany do jedzenia, ubrań, rzeczy i tego dźwięku. Byłoby lepiej gdybyś umarł, to rozwiązałoby problem.

Następnym razem, gdy Mamiya znów stanął przed mistrzem został spytany o to samo. Mamiya od razu padł jak martwy.

— Tak, istotnie umarłeś — zauważył mistrz. A co powiesz o tym dźwięku?

— Tego jeszcze nie rozwiązałem — odpowiedział Mamiya, spoglądając w górę.

— Martwi nie mówią. Wyjdź! — krzyknął mistrz.

Jeszcze trzy dni

Suiwo, uczeń Hakuina, był dobrym nauczycielem. Na czas jednego z odosobnień, z południowej wyspy Japonii, przyjechał do niego uczeń, któremu Shiwo dał zadanie: „Usłysz dźwięk jednej dłoni”.

Uczeń spędził trzy lata zmagając się z tym problemem, ale nie rozwiązał go. Pewnej nocy przyszedł zapłakany przyszedł do mistrza:

— Muszę wracać na południe, okryty hańbą i wstydem, ponieważ nie mogę rozwiązać koanu który mi dałeś.

— Zostań jeszcze tydzień i nie przerywaj medytacji — polecił Suiwo.

Przez ten czas uczeń nie osiągnął oświecenia. „Zostań jeszcze tydzień” — uczeń usłuchał, ale na próżno.

— Zostań jeszcze tydzień — orzekł Suiwo.

Znów bez efektów. Zrozpaczony uczeń zaczął się pakować, ale Mistrz zarządził jeszcze pięć dni medytacji — uczeń nie osiągnął urzeczywistnienia. Wówczas Suiwo powiedział:

— Medytuj przez trzy dni. Jeśli teraz nie osiągniesz oświecenia, lepiej będzie gdy się zabijesz.

rugiego dnia uczeń osiągnął satori.

Jak trawa i drzewa osiągną oświecenie?

W erze Kamakura żył człowiek imieniem Shinkan. Sześć lat studiował Tendai, zaś przez kolejne siedem Zen. Później udał się do Chin, gdzie przez trzynaście lat kontynuwał naukę Zen.

Gdy wrócił do Japonii wielu chciało z nim rozmawiać i zadawać niezrozumiałe pytania. Nawet gdy już przyjmował gości, co zdarzało się nieczęsto, bardzo rzadko odpowiadał na zadane pytania.

Pewnego razu 55-letni człowiek spytał Shinkana:

— Studiowałem nauki szkoły Tendai odkąd byłem małym chłopcem. Ale jest jedna rzecz, której nie rozumiem. Tendai głosi, iż nawet trawa, nawet drzewa dostąpią oświecenia. Dla mnie brzmi to bardzo dziwnie.

— Jakie znaczenie ma w jaki sposób trawa, czy drzewa osiągną oświecenie? — spytał Shinkan. Pytanie jest, w jaki sposób ty je osiągniesz. Czy kiedykolwiek to rozważałeś?

— Nigdy nie myślałem w ten sposób — odrzekł zaskoczony człowiek.

— Zatem wracaj do domu i przemyśl to — zakończył Shinkan.

Prawdziwa droga

Tuż przed śmiercią, Ninakawa został odwiedzony przez mistrza Zen Ikkyu. Ikkyu spytał:

— Czy mam cię poprowadzić?

Ninikawa powiedział:

— Przybyłem tutaj samotnie, samotnie odejdę. W jaki sposób miałbyś mi pomóc?

Ikkyu odpowiedział:

— Jeśli myślisz, że naprawdę przychodzisz i odchodzisz, to jest twoje złudzenie. Pozwól pokazać sobie ścieżkę na której nie ma przychodzenia, ani odchodzenie.

Tymi słowami Ikkyu w pełni odsłonił drogę Ninikawie. Ten uśmiechnął się i wyzionął ducha.